Zapłać 60 dolarów za… wycięcie funkcji. Absurdalny ruch twórców kultowej przeglądarki

Przeglądarka Brave, która niegdyś słynęła z lekkości i bezwzględnej walki o prywatność, z biegiem lat zamieniła się w przeładowany funkcjami kombajn. W odpowiedzi na narzekania użytkowników firma postanowiła wydać odchudzoną wersję „Brave Origin”, z której wycięto portfele krypto, sztuczną inteligencję i zbędne dodatki. Sęk w tym, że za ten luksus czystego kodu przyjdzie nam słono zapłacić – chyba że korzystamy z Linuxa.

Od pogromcy reklam do cyfrowego przeładowania. Jak Brave stracił swoją tożsamość

Przeglądarka Brave budowała swoją rynkową pozycję jako bezkompromisowa, błyskawicznie działająca i zorientowana na prywatność alternatywa dla Google Chrome. Użytkownicy pokochali ją za to, że po prostu działała i bezlitośnie blokowała elementy śledzące. Niestety, z biegiem lat program zaczął cierpieć na syndrom tzw. bloatware – czyli nadmiernego puchnięcia oprogramowania. Twórcy zaczęli agresywnie wciskać do kodu kolejne moduły: od zintegrowanego portfela kryptowalutowego, przez autorski program nagród, agregat newsów, aż po asystenta AI o nazwie Leo i płatne usługi VPN.

Dla wielu purystów technologicznych te dodatki stały się irytującym cyfrowym szumem, który zaprzeczał pierwotnej idei projektu. Zamiast czystego narzędzia do przeglądania sieci, otrzymaliśmy kombajn finansowo-technologiczny. Choć firma broniła swoich decyzji próbą dywersyfikacji przychodów, na forach takich jak Reddit regularnie wybuchały burze niezadowolonych internautów żądających powrotu do korzeni.

Narodziny Brave Origin, czyli wielkie sprzątanie kodu

Odpowiedzią na te głosy sprzeciwu ma być najnowszy projekt firmy – Brave Origin. To specjalne wydanie przeglądarki, które bezceremonialnie obdziera program z całego zbędnego żargonu i niechcianych modułów. Z pokładu nowej wersji całkowicie zniknęły takie elementy jak Brave Rewards, zintegrowany portfel Web3, asystent Leo AI, kanał informacyjny Brave News, komunikator Talk, a także wbudowane usługi VPN oraz integracja z siecią Tor.

To, co pozostało i stanowi absolutny fundament edycji Origin, to legendarna technologia Brave Shields. Użytkownicy nadal mogą liczyć na najwyższej klasy, natywne blokowanie reklam, skryptów śledzących oraz wyskakujących okienek z ciasteczkami. Twórcy dają nam przy tym wybór i pozwalają na korzystanie z Origin na dwa różne sposoby. Możemy zainstalować go jako całkowicie niezależną, samodzielną przeglądarkę, pozbawioną wszelkich rozpraszaczy, bądź wdrożyć jako uaktualnienie do obecnej wersji Brave, które wprowadza specjalny panel boczny z wygodnymi przełącznikami do natychmiastowego włączania i wyłączania poszczególnych funkcji.

Kontrowersyjny cennik i darmowy wyjątek dla wybranych

Choć idea powrotu do minimalizmu brzmi fantastycznie, to strategia biznesowa stojąca za wdrożeniem Brave Origin wywołała w sieci prawdziwe trzęsienie ziemi. Aby cieszyć się czystą przeglądarką na systemach Windows czy macOS, użytkownicy muszą uiścić jednorazową opłatę licencyjną w wysokości 59,99 dolarów (około 220 złotych). Licencja ta pozwala na aktywację programu na maksymalnie 10 urządzeniach.

Co ciekawe i niezwykle rzadkie w dzisiejszym świecie technologii, z opłaty tej zostali całkowicie zwolnieni użytkownicy systemów operacyjnych opartych na dystrybucjach Linuxa. Społeczność open-source może pobrać i użytkować minimalistyczne wydanie Brave Origin całkowicie za darmo. Taki podział wywołał falę spekulacji na temat tego, jak firma traktuje poszczególne grupy swoich odbiorców.

Fala krytyki zalewa sieć. Czy płacimy za coś, co już jest darmowe?

Decyzja o żądaniu niemal 60 dolarów za usunięcie funkcji z darmowego programu spotkała się z ogromną krytyką ze strony społeczności technologicznej. Wielu użytkowników czuje się oburzonych faktem, że firma próbuje monetyzować usuwanie modułów, które same w sobie były traktowane przez ludzi jako niechciane i narzucone siłą w poprzednich aktualizacjach.

Najważniejszy argument sceptyków uderza jednak w sam sens zakupu licencji. Krytycy słusznie punktują, że niemal wszystkie funkcje, które Brave Origin usuwa na stałe, można już teraz całkowicie bezpłatnie wyłączyć w głębokich ustawieniach standardowej, darmowej wersji Brave. Rodzi to fundamentalne pytanie: co tak naprawdę kupujemy za te 60 dolarów? Z drugiej strony barykady stoją obrońcy projektu, którzy zauważają, że przeciętny internauta nigdy nie zagląda do zaawansowanych konfiguracji systemu. A Origin dostarcza idealnie czyste oprogramowanie od razu po instalacji. Pytanie tylko, czy wygoda ta jest warta tak wygórowanej kwoty i czy możemy mieć pewność, że za rok firma nie postanowi dodać nowych, płatnych funkcji do wersji Origin.

Nietypowa strategia biznesowa

Premiera Brave Origin to jeden z najbardziej kontrowersyjnych ruchów na rynku przeglądarek internetowych w ostatnich latach. Pokazuje on interesujący trend: czystość i minimalizm stają się w dzisiejszych czasach towarem premium, za który firmy każą sobie słono płacić. Czy warto wydać 60 dolarów na przeglądarkę bez AI i krypto? Jeśli cenisz sobie święty spokój bez konieczności przeklikiwania się przez menu ustawień, może to być propozycja dla Ciebie. Dla większości użytkowników darmowa wersja z ręcznie wyłączonymi powiadomieniami wciąż pozostanie jednak o wiele rozsądniejszym wyborem.

You may also like...