Zachód go wyśmiał, Chiny wykupiły w kilka sekund! Elektryczne Ferrari Luce hitem

Pierwszy w historii w pełni elektryczny samochód od Ferrari wywołał gigantyczne kontrowersje. Po fali ostrej krytyki dotyczącej designu i nagłym spadku akcji giełdowych włoskiego producenta, wielu wróżyło projektowi spektakularną klapę. Rzeczywistość okazała się jednak zaskakująca – podczas oficjalnego debiutu w Chinach wszystkie z 88 egzemplarzy limitowanego modelu Ferrari Luce rozeszły się w mgnieniu oka, udowadniając, że magia loga z czarnym koniem wciąż działa bezbłędnie.

Kontrowersyjny design Jony’ego Ive’a i tąpnięcie na giełdzie

Pod koniec maja Ferrari oficjalnie zaprezentowało model Luce – pierwszą w historii marki, w pełni elektryczną limuzynę typu Grand Tourer. Za wygląd tego rewolucyjnego pojazdu odpowiadał nie kto inny, jak legendarny były projektant Apple, twórca kultowego wyglądu iPhone’ów i iPhadów. Efekt jego pracy spotkał się jednak z chłodnym przyjęciem na Zachodzie. Internetowi komentatorzy oraz branżowi dziennikarze uznali stylistykę Luce za zbyt minimalistyczną, a wręcz nudną jak na standardy supersamochodów z Maranello.

Fala negatywnych opinii natychmiast przełożyła się na nastroje inwestorów – akcje Ferrari zanotowały gwałtowny spadek o ponad sześć procent. Kryzys wizerunkowy wymusił natychmiastowe zmiany w strukturach giganta. Wprowadzono bowiem zmiany w dziale marketingu, a firma ma nadzieję, że nowy specjalista pomoże uratować elektryczny debiut.

Astronomiczna cena i specyfikacja, która rozpala emocje

Mimo wizerunkowego potknięcia na starcie, chińscy milionerzy nie mieli żadnych oporów przed wyciągnięciem portfeli. Za każdy z 88 dostępnych egzemplarzy musieli zapłacić astronomiczną kwotę 3,988 miliona juanów, co w przeliczeniu daje ponad 2,2 miliona złotych.

Co otrzymują w zamian? Ten ważący 2260 kilogramów, pięcioosobowy kolos kryje pod maską potężny napęd o łącznej mocy aż 772 kW, co pozwala na katapultowanie się od zera do setki w zaledwie 2,5 sekundy. Energię dostarcza akumulator o pojemności 122 kWh, a dzięki architekturze pozwalającej na ładowanie z mocą do 350 kW, uzupełnianie energii na szybkich stacjach trwa niezwykle krótko.

Chińskie super-elektryki lepsze na papierze. O co więc chodzi?

Sukces Ferrari w Państwie Środka jest tym bardziej fascynujący, że na tamtejszym rynku lokalna konkurencja oferuje znacznie lepsze parametry za ułamek ceny włoskiego auta. Świetnym przykładem jest Yangwang U9 od koncernu BYD – kosztuje około połowę mniej (ok. 228 tysięcy euro), a generuje aż 960 kW mocy, przyspiesza do setki w 2,36 sekundy i obsługuje ładowanie o mocy 500 kW. Na horyzoncie jest też Hyptec SSR od GAC, startujący z pułapu niespełna 167 tysięcy euro.

Wokół chińskiej premiery Luce narosły nawet plotki, jakoby Ferrari zmuszało klientów do zakupu elektryka, obiecując w zamian szybszy dostęp do limitowanych modeli spalinowych. Włoski producent stanowczo jednak zaprzeczył tym doniesieniom. Prawda jest znacznie prostsza: dla 88 nabywców suche dane techniczne czy setne części sekundy nie miały żadnego znaczenia. W tym segmencie liczy się wyłącznie status, prestiż i ekstremalna unikalność, jaką daje posiadanie pierwszego elektrycznego Ferrari w historii.

Ferrari Luce udowodniło, że rynek dóbr luksusowych rządzy się własnymi prawami, całkowicie odpornymi na internetowy hejt i giełdowe zawirowania. Choć projekt podzielił zachodnich fanów motoryzacji, Chiny przyjęły go z otwartymi ramionami. Dla Ferrari to jasny sygnał, że elektryczna przyszłość marki – choć wyboista – ma ogromny potencjał komercyjny.

You may also like...